Najlepszą drogą do zdobycia respektu jest wynik

 

Polski Komitet Olimpijski:

„trener, pływak z Gdańska, kraulista (bezkonkurencyjny na 1500 m), wielokrotny mistrz i rekordzista Polski, akademicki mistrz USA (1650 jardów), olimpijczyk z Seulu (1988) i Barcelony (1992). Urodzony 29 kwietnia 1968 w Gdańsku, syn Lucjana i Teresy Anny Suzanowicz, absolwent miejscowego Zespołu Sportowych Szkół Ogólnokształcących (1986) i Uniwersytetu Arizony w Tucson (1993), pływak (193 cm, 75 kg), reprezentant AZS-AWF Gdańsk (1975-1992), a także zespołów amerykańskich w Mission Viejo (1986-1988) i Uniwersytetu Arizona (1988-1992), podopieczny trenerów: Jana Wróblewicza, od 1977 Alojzego Ogińskiego oraz Terry Stoddarda i Franka Busha (USA). Dobry duch reprezentacji Polski. Zawsze uśmiechnięty i rozluźniony. Pływał jakby w cieniu Artura Wojdata, ale na 1500 m był bezkonkurencyjny. Bardzo inteligentny”. (całość…)

Opowiedz nam, proszę, jak przebiegała Twoja kariera przed wyjazdem do USA ( jak to się stało, że trafiłeś na pływalnię i na niej zostałeś, miałeś osiągnięcia jako dziecko, 10-12 lat?, kiedy przyszły pierwsze sukcesy? Jakie miałeś rekordy w „żabce”?. Kiedy zacząłeś przestawiać się na kraul? Czym to zostało spowodowane?

Na basen trafiłem w wieku lat 6 choć juz umiałem pływać.  Nasza cała rodzina, a zwłaszcza tato,, byli związani ze sportem.  Moj wujek Andrzej, razem z Tatą zaprowadzili swoich czterech synów (brat i dwóch kuzynów) na basen Politechniki w Gdańsku.  Tak rozpoczęła sie przygoda.  Pierwsze sukcesy zaczęły się w wieku chyba 9 lat, kiedy na korespondencyjnych MP zdobyłem 1-sze miejsce w bodajże 3 konkurencjach po 50 m i na 100 zmiennym.  W wieku 12 lat  wygrywałem zawody lokalne w klasyku, a na MP byłem zazwyczaj na podium, czasem pierwszy, czasem nie.  Pierwszy sukces seniorski to srebro na 25 metrowym basenie na MP jak miałem 15 lat. Przegrałem wtedy z Robertem Kominiakiem.  Pózniej zaczęły sie problemy z motywacja i kolanem, a w tamtych czasach w Polsce operacja na łękotkę równała sie z zakończeniem kariery.  Moj trener, dr. Alojzy Ogiński, ktory trenowal mnie w Polsce przez większość mojej kariery, prowadził mnie w taki sposób, że miałem możliwość przekwalifikowania się i powoli przeszedłem na kraul.  Transformacja zajęła parę lat i w wieku 18 lat wygrywałem MP seniorów na 50 m basenie na 100, 200 i 400 kraulem. Pod nieobecność Artura Wojdata, który juz wtedy był z pierwszą grupą w USA.

 

Jak to się stało, że wyjechałeś do USA? Jakie były tego przyczyny, motywacja? Kto to finansował?

Do USA trafiłem dzięki wynikom.  Artur Wojdat i Wojtek Wyżga wyjechali do USA jako pierwsza grupa i ich sukcesy spowodowały że PZP zdecydowało wysłac kolejną grupę.  Moje wyniki z MP seniorów w 1986 roku przypieczętowały mój wyjazd i w pazdzierniku wyjechałem do Mission Viejo CA razem z Tomkiem Gawrońskim i Markiem Izydorczykiem.  Większość naszego wyjazdu była finansowana przez Polonię z Południowej Kalifornii pod przywództwem pana Aleksandra Kuryłły.  Mieli oni środki finansowe które zebrali na przywitanie naszej ekipy na Olimpiadzie w Los Angeles 1984, ale jak wiemy, Polska nie pojechała. Zostały więc pieniądze i chęci i pan Kuryłło zdecydował się na zaproszenie pływaków. Mission Viejo było w tamtych czasach kuznią amerykańskich talentów.

Do USA trafiłeś jako młody chłopak. Nie bałeś się znaleźć w całkowicie odmiennym kraju, obcym środowisku?

Zaraz po przyjezdzie do USA czar Ameryki prysnął.  Nie było pieniędzy na ulicach i nic nie było za darmo.  Szybko zrozumiałem, że tylko ciężką pracą można się wyrwać i coś znaczyć.  Zdarzało się często że inni zawodnicy traktowali nas z dystansem i żeby dogryzć nazywali nas komunistami.  Mimo ze były to odosobnione sytuacje, to zrozumiałem również, ze najlepszą droga do zdobycia ich respektu jest wynik sportowy.  Nie powiem, było bardzo ciężko, bo pierwsze miesiące były nie tylko lekcja nowego życia, treningu, ale również angielskiego którego nikt z nas nie znał na tyle, żeby móc rozmawiać.

Jak, w skrócie, przebiegał Twój pobyt w USA?

Sukcesy Artura i Wojtka przed naszym przyjazdem bardzo nam pomogły ale mimo wszystko musieliśmy sami sobie zapracować na poważanie ze strony Amerykanów.  Zaczęło się od lokalnych sukcesów i w grudniu, zaledwie po 3 miesiącach pobytu w USA, na US Open (otwarte mistrzostwa USA) zdobyłem finał i poprawiłem życiowkę z 4:05 do 3:58 na 400 kraulem.  W tamtych czasach tylko Artur Wojdat pływał poniżej 4 minut (1986 rok).  W marcu,, na yardowych mistrzostwach USA, zdobyłem 3 złota i jedno srebro.  Moje wyniki przyczyniły się do tego, że Mission Viejo wygrało tytuł drużynowego Mistrza USA. Po tym sukcesie moja pozycja w drużynie bardzo się zmieniła.  Zaczęły się oferty do college’ów i znałem już angielski na tyle, że zdałem egzaminy na studia. Wróciłem do Polski żeby wystąpić na Mistrzostwach Europy Seniorów w Strasburgu w 1987. To mój debiut na takich zawodach, bo przedtem nie byłem nawet na ME Juniorów.  Wyniki były znaczące.  Zdobyłem dwa 5-e miejsca, co na tamte czasy było znaczącym sukcesem dla naszego pływania (Artur zdobył medale).  Rok pracy w Mission Viejo zaowocował tak, że z życiówki 4:05 na 400 kraulem napływałem 3:53, i z Arturem łamaliśmy rekordy Polski w kolejnych seriach (on na koniec wygrał :-)).  Na 1500 dowolnym moja życiówka przed wyjazdem była 16:15, a na ME w Strasburgu pobiłem rekord Polski i napływałem 15:19.

Poproszę o kilka zdań, refleksji, o Igrzyskach w Seulu

Na Igrzyska Olimpijskie (1988) w Seulu jechałem juz jako faworyt do finału, bo klasowałem się w Top 10 na świecie.  W marcu 1988 płynąłem w serii z Arturem Wojdatem jak pobił on Rekord Świata z wynikiem 3:47, a ja pobiłem swoja życiowkę ze Strasburga z 3:51.  Wyczyn Artura spowodował, że nie było presji na mnie, a wszyscy zaczęli mówić o złocie Artura.  Z jednej strony było super, ale z drugie strony żal mi było Artura, bo wszyscy już uważali, że będzie złoto i ciężko sobie z tym radzić.  Do Seulu pojechał nasz trener z USA, Terry Stoddard, co nam bardzo pomogło w ostatnim etapie przygotowań. Pamiętam jak płynąłem w eliminacjach w Seulu na 400 kraulem.  Miałem tor 2, a na torze 4 był mistrz Świata na 400 i 1500 z 1986 roku, Rainer Henkel.  Cały czas się na niego patrzyłem i jak po 200 metrach zauważyłem, że jestem z nim a czuje się świetnie, dodałem gazu i odbiłem się od niego.  Jak dotknąłem ściany i wygrałem swoją serie, to wiedziałem, że będę w finale. Byłem tak szczęśliwy, że nawet nie spojrzałem na tablicę wyników, a na niej zabłysnął napis NEW OR…nowy rekord olimpijski. To był chyba pierwszy rekord olimpijski w pływaniu dla Polski. Po eliminacjach byłem 1-szy, co było szokiem. Do dziś pamiętam rozpiskę na finały 400 kraulem. Ja byłem pierwszy a Artur trzeci. Jedyny kraj który miał dwóch zawodników w finale!  Na górze rozpiski pojawił się po raz pierwszy i chyba jedyny w historii polskiego pływania napis:  Rekord Świata: Artur Wojdat POL, Rekord Olimpijski: Mariusz Podkościelny POL.  Był to niesamowity powód do dumy, zwłaszcza, że był to najszybszy finał na tych igrzyskach.  Złoty medalista z 1984-go roku nie miał szans na finał z czasem z którym 4-lata wcześniej wygrał.  Idąc na start zdawałem sobie sprawę, ze Artur miał dużo rezerw i czułem dużą presję, bo nagle oczy które cały czas patrzyły na Artura, zaczęły się kierować na mnie.  W finale zrobiłem wszystko co mogłem.  Poprawiłem życiowkę z rana o pełną sekundę, do 3:48.59, ale wystarczyło to na 5-te miejsce.  Mimo ze apetyty po eliminacjach szybko urosły, ja byłem szczęśliwy.  Na 1500 byłem znów w finale i płynąłem obok Salnikowa, ktory był jedynym człowiekiem poniżej 15 minut w tamtych czasach.  Moj wynik 15:11 dał mi nowy rekord Polski i 5-te miejsce.  Z zawodów wróciłem bardzo szczęśliwy.  Dwa lata wcześniej nie byłem w pierwszej 100-tce zawodników na świecie.

 

Jak zakończyłeś karierę pływacką?

Karierę skończyłem, mimo namów ze strony PZP, po Igrzyskach w Barcelonie.  Dałem z siebie wszystko i nie załapałem się do finału.  Miałem 24 lata, a na tamte czasy było to dość dużo.  Kończyłem studia w USA i czas było pomyśleć co dalej.  Oferowano mi stypendia żebym dalej pływał, ale nie było tej motywacji wewnętrznej.  Uważałem, że wyniki które osiągnąłem mi wystarczyły i nie było mnie stać na życiówki, a plątać się po finałach na ME mnie nie interesowało.  Zawiesiłem slipki w sierpniu 1992 roku.

Jak to się stało, że w USA zostałeś?

Co do powrotu do Polski, to aż do 1991 roku byłem przekonany ze wrócę.  Dopiero po 5 latach w USA zacząłem się czuć tu w jak w domu, a w Polsce jak gość.  Polska wiązała mi się z dzieciństwem, a USA z życiem dorosłym.  Przyznam, że powrót do Polski mnie przerażał bo zupełnie nie znałem życia dorosłego w Polsce.  Praca i życie w Polsce wydawało mi się odległe, a w USA normalne.  W 1993, jak skończyłem studia, dostałem pozwolenie na prace i tak juz tu zostałem.

Skończyłeś studia, ale postanowiłeś  wrócić do pływania. Już jako trener

Wiem, że w niektórych portalach piszą, że skończyłem ekonomię, ale prawdą jest, że skończyłem nauki polityczne.  Kiedyś myślałem żeby połączyć to z ekonomią i być doradcą dla firm które planowały robić interesy w Europie Wschodniej, ale zostało na naukach politycznych.  Miałem oferty pracy dla rządu w USA, ale cały rok przed skończeniem studiów (już nie pływałem) byłem pomocnikiem trenera u mnie na uczelni w Arizonie.  Do trenerki namówił mnie trener główny Arizony, mój trener na uczelni, Frank Busch.  On dziś jest szefem szkolenia w USA Swimming i architektem ich sukcesów na ostatnich dwóch olimpiadach.  W latach 1993-1996 byłem asystentem w Arizonie, pózniej byłem trenerem głównym w Oregon State University, w latach 1996-2003.  Od 2003 do 2006 byłem trenerem głównym w University of Miami na Florydzie.  W 2001 ożeniłem się ze świetną pływaczką, zmiennistką, Dagmarą Grzeszczak, i w 2004 urodziła nam sie córka Julia.  Dagmara skończyła doktorat z Chemii na Univesity of Miami i rodzina zaczęła być najważniejsza.   W 2006 przenieśliśmy się do prywatnej szkoły Pine Crest w Fort Lauderdale i jesteśmy tu już od 11 lat.  Dagmara uczy chemii w szkole, ja uczę historii i trenuję drużynę pływacką.  Córka Julia jest w 6-ej klasie i również pływa.

 

Dziękujemy za poświęcony nam czas. Jestem przekonany, że znajomość niedawnej przecież historii, pozwoli rozsądniej spojrzeć na teraźniejszość. Refleksja, szacunek i pokora to chyba to, co nam potrzebne, by odnosić sukcesy, wzorując się na „dawnych” Mistrzach.

 

 

Wypowiedz się:

KlubbenFit

O autorze

Powiązane wpisy

Shares
Share This