Rawa Tri

W Polsce coraz trudniej jest o zawody triathlonowe z prawdziwego zdarzenia, w których akcent położony jest mniej więcej po równo na każdą z dyscyplin. Teraz króluje wszędobylski Iron Man oraz jego pochodne, gdzie pływanie jest mocno zmarginalizowane. Klasyczne dystanse sprinterskie i olimpijskie z dopuszczalną jazdą na kole można już chyba policzyć w naszym kraju na jednej ręce. Dlatego tym chętniej wybrałem się 2 sierpnia na olimpijkę w takiej konwencji do Rawy Mazowieckiej, gdzie zawody organizowane zostały już 6-ty rok z rzędu. Na starcie stanęło około 150 zawodników. Pływanie jak zwykle zostało zorganizowane na zalewie Tatar. Dystans 1.500 m składał się z dwóch pętli po trójkącie z wyjściem z wody, dopuszczone były pianki. Sam start nastąpił z wody i jak zwykle w takich przypadkach od razu zaczęła się pralka.

Zazwyczaj jako były zawodnik piłki ręcznej nie mam z tym problemu, ale tym razem pomimo iż miejsca było teoretycznie sporo, młócka była wyjątkowa, a co gorsze z upływem czasu niewiele się poprawiało. W końcu lekko odbiłem w bok i chwilę płynąłem w miarę komfortowych warunkach, ale zaraz była pierwsza boja i znów zrobił się tłok. Na szczęście dalej było już zdecydowanie luźniej i tylko od czasu do czasu mój kurs zahaczał o innego zawodnika. Z wody po pierwszej pętli wyszliśmy małą 4-5 osobową grupką i usłyszałem, że ktoś z boku mówi o 25-ym miejscu. Pomyślałem, że jest dobrze i teraz trzeba tylko tą pozycję utrzymać. Druga pętla zleciała szybko i zakończyłem pływanie z czasem 26.48 min, co dało mi 24 miejsce. Dobieg do strefy zmian był dość długi 100-150 m, tak że spokojnie można było ściągnąć piankę. Sama zmiana poszła w miarę nieźle i po 2.23 min zameldowałem się już na rowerze. Trasa rowerowa to trzy pętle po lekko pofałdowanej miejscami trasie i z jednym dość sztywnym, ale krótkim podjazdem. W sumie do przejechania było 41,5 km. Ponieważ z wody wyszedłem wysoko, a kolarz ze mnie niestety marny, nie mogłem się zahaczyć do żadnej grupy złożonej z dobrych zawodników.

Odjechały mi w siną dal chyba ze trzy i nigdzie nie byłem w stanie utrzymać na dłużej koła. W rezultacie całą pierwszą pętlę przejechałem właściwie samotnie tracąc siły i czas. Dopiero pod jej koniec dojechała mnie kilkuosobowa grupa, której się uczepiłem i dojechałem do końca trasy rowerowej jedynie z małym epizodem w połowie 2-ej pętli, kiedy to stawka się rozerwała i musiałem gonić peleton przez kilka minut pędząc ponad 40 km/h. Trzecia pętla roweru to już raczej spokojna jazda i szykowanie się do rozstrzygnięć na biegu. W sumie część kolarska zajęła mi 1.12.32 min co było 42 czasem tej konkurencji i sprawiło, że spadłem w klasyfikacji.

W boksie nie zabawiłem długo, bo zmiana do rozpoczęcia biegu trwała 0.55 min. Dystans 10 km składał się z dwóch pętli (a ściślej trasa wiodła tam i z powrotem) po ścieżce nad brzegiem zalewu. Nogi po rowerze mocno czułem, ale największym wyzwaniem było w tym dniu nie zmęczenie, ale upał. Narzuciłem sobie dość duże tempo, ale tak żeby wytrzymać je do końca no i z pewną rezerwą na przypadek konieczności ścigania się z kimś z kategorii na finiszu. Biegnąc stałym tempem przez cały dystans wyprzedziłem kilku zawodników, co pozwoliło mi poprawić pozycję. Uzyskany czas sprawił mi też największą satysfakcję: 43.50 min i 24 rezultat części biegowej. Generalnie na mecie zameldowałem się z czasem 2.26.28 min jako 24 zawodnik wśród 144 finisherów rawskiej olimpijki. 

Pozdrawiam, Tomasz Klepacki 

Fotki Tomasz Sudakowski

Wypowiedz się:

O autorze

Powiązane wpisy

Shares
Share This