LauraTri

Dla większości osób na świecie, triathlon to pływanie, rower i bieganie. Dla triathlonistów to masa wyrzeczeń, poświęceń, ogromna ilość treningów i potu na nich wylanego, dieta i oczywiście wisienka na torcie, czyli starty. Jest jeszcze trzecia grupa osób, nie licząc tych, których triathlon zupełnie nie interesuje, czyli wierni, zaangażowani kibice.

Cały rok dla mnie, dla osoby, która w domu ma triathlonistę, to wszystko, co z triathlonem związane, plus milion maleńkich niuansów, na które muszę zwrócić uwagę.

Kiedy rozpoczynamy treningi? Chyba nigdy ich nie kończymy. Starty zaczynamy od kwietnia, co prawda biegowe, a tri dopiero w maju, ale cała zima to spinning, poprawa techniki w pływaniu, bo zawsze jest, co poprawiać i to nareszcie czas na siłownie. Oczywiście na treningi chodzimy razem, jak mam czas, a jak już się tak zdarzy, że na treningu mnie nie ma, to zaraz po wyjściu mam relacje, co popłynął, ile serii zrobił na siłowni, albo, że na rowerze było tak super, że taki power w nogach i że musimy się wieczorem rozrolować. Wiosną można wyjść na bieganie, i znów oglądanie międzyczasów, sprawdzanie tempa i analiza każdego odcinka. W między czasie basen, dużo basenu. Jestem instruktorem pływania, więc aby mógł na tym zyskać, muszę dodatkowo jeszcze wszystko oglądać i rozpisywać i poprawiać, pod okiem moim i mojego jeszcze trenera Mariusza….

Normalne kobiety mają w telefonie zdjęcia swoich facetów z imprez, ja mam nagrania z basenu.

I nadszedł ten czas, starty. Jedziemy na miejsce, odbieramy pakiet startowy, pasta party dla mnie, kolacja dla Konrada, masaż nóg, wyspać się, wstać.

Rano zaczyna się jazda bez trzymanki. Do marudzenia codziennie jestem przyzwyczajona, ale dzień startowy to już wyższy level. Stresik większy, ale przecież żaden facet się do tego nie przyzna. Od rana trzeba odwiedzić Niunie – rower, w strefie zmian, zanieść bidony, i wszystkie buty, natalkowane skarpetki, żele i całą resztę zabawek. Wracamy do samochodu, żelki, piciu, wszystkie tabletki, znowu piciu. No i najważniejsza kupa. Każda kobieta triathlonisty wie, że jak nie ma kupy to jest źle. Cały czas piciu. I zaraz start, trzeba się jeszcze przebrać w piankę i siku do pianki, żeby było cieplej. Szybkie rozpływanie, obowiązkowo zdjęcia. Gdy ubiera się w piankę, i później w piance, i później jeszcze w wodzie, i kolejne już w czepku i wszystkim. Ostatnia porcja marudzenia i narzekania, buzi i trzydzieści parę minut wolnego. To jest ta część, gdzie jestem dumna, bo gdy zaczęliśmy się spotykać zajmowało mu to jakieś 50 min (oczywiście piszę o ½). I jest, wychodzi. Oczywiście tydzień przed już mam naświetlone gdzie mam stać na rowerze i czy mam mu coś podać, czy nie. W torbie mam jeszcze awaryjny żel, izotonik, wodę, coca colę, espumisan, i piwo. Pozornie rower mija mi bardzo szybko, obowiązkowe foty. I w międzyczasie zdążę się zawsze z innymi partnerkami zakumplować przy piwku, bo do końca zawodów zdąży wyjść ze mnie alkohol, żeby wracać. Bieganie- za każdym razem mamy inny plan, a kończy się na tym, że podczas biegu i tak go zmieni. I teraz po ostatniej pętli idę w stronę mety. Na mecie znów obowiązkowa fota, z medalem, w czapce, bez czapki, bez medalu, uśmiechnięty, zmęczony. Buzi, oczywiście zmiana butów na klapki, karimata, żeby poleżał, i oczywiście zimny browar. To jest akurat coś, co zawsze chciałam skomentować. Strefa finishera. Wiem, że faceci lubią odpocząć od kobit, rodzin, reszty kibiców, ale zamknięta strefa, to największa TriPorażka. Zawodnik musi wyjść ze strefy, żeby się spotkać z rodziną. Oczywiście nie chodzi mi o kawałek miejsca tuż za metą gdzie są medale. Sieraków w tym roku szedł w dobrą stronę, ale nadal strefa rodzinna była oddzielona od strefy finishera, a w Suszu wyjście z mety do strefy rodzinnej przechodziło przez ścieżkę biegową, więc ani w jedną ani w drugą. Ale gdy już się spotkamy może zdać mi relacje. Jak woda, zimna ciepła, duża fala, kocioł, ale super, później rower, dziury, gałęzie, fajny bufet, moc w nogach, zaje*ście, że chodziliśmy na spinning zimą. Bieganie, no i tu jest różnie, od super, po koszmarnie. I kolejny cały dzień, z innych 365-ciu gadania o triathlonie. Zanim otworzą nam drogę, siedzimy w samochodzie. Moje kochanie odpala internety i oczekuje wyników, Przy okazji zdąży sprawdzić wyniki wszystkich naszych „rywali” z kilku startów wstecz. Później są wszystkie nasze tri gwiazdy, które regularnie widujemy na zawodach: Gorczyca, pierwsza miłość mojego, Dowbor, MKon i inni, których czas musimy sprawdzić, bo właśnie organizator opublikował nieoficjalne wyniki. Później muszę iść po piwko, bo nogi odpoczywają. Odpoczywać też będą przez całą drogę do domu. To jest też czas do marudzenia, że to wszystko jest bez sensu, że już nie startuje, ale wiem, że to będzie aktualne, aż do kolejnego startu. Telefon do przyjaciela i drzemka w aucie.

Wracamy do domu i zawsze mamy umowę, że po przejściu przez próg, aż do kolejnego ranka, nie mówimy o triathlonie, rzadko się to udaje, ale umowa to umowa.

I kolejny dzień i od nowa to samo, pianki, płetwy, okularki, opłaty startowe, nowinki sprzętowe, rowery, kaski, buty, skarpetki, kompresy, żele, czapki, gacie, stroje, i cała reszta gadżetów. Każda kobieta triathlonisty będzie wiedziała, o co chodzi.

Jesteśmy już po Sierakowie, Suszu i w trakcie Nieporętu, przed nami… Kto to wie… TRImajcie kciuki, za Konrada, za mnie i całą resztę TriKobitek.

Laura

 

 

Wypowiedz się:

O autorze

Powiązane wpisy

Shares
Share This