Rio

 

Igrzyska Olimpijskie to nie tylko sportowe zmagania. To olbrzymi problem logistyczny, organizacyjny, który musi zostać rozwiązany. Dba o to cała armia ludzi odpowiedzialnych za poszczególne segmenty Igrzysk. Był wśród nich i „nasz” człowiek – Jerzy Kowalski. Kim był w Rio i za co był odpowiedzialny? Krótko o jego dorobku w najważniejszych instytucjach światowego pływania:

 

2004-2009 LEN TSC (Technical Swimming Committee) 2009-2013 LEN Bureau (wybrany największą ilością głosów) 2013-2016 LEN TSC Vice Chairman 2013-2017 FINA TSC 2016-2020 LEN Bureau (wybrany z drugim najlepszym wynikiem)

Oddajmy mu głos:

Zawody pływackie Igrzysk Olimpijskich są nadzorowane przez Komitet Techniczny Pływania FINA. Jakkolwiek nie są to zawody FINA, tylko MKOl, to właśnie FINA odpowiada za właściwe ich przeprowadzenie. I podeszła do tego w sposób bardzo profesjonalny.

Już w kwietniu zaprosiła wszystkich sędziów zawodów pływackich do Rio de Janeiro na kilkudniowe szkolenie, gdzie zapoznali się zasadami poruszania się po pływalni zawodników, sędziów, dziennikarzy itd. Przypomniano im także aktualnie obowiązujące przepisy. Po przyjeździe na Igrzyska od razu mogli przystąpić do pracy.

 

Tu krótka dygresja na temat sędziów. Do sędziowania zawodów FINA do 2013 roku obowiązywał klucz przyznający Europie 8 miejsc, a nie wiadomo z jakiego powodu Amerykom aż 9. Na zebraniu TSC FINA w grudniu 2013 po przeanalizowaniu pływackich osiągnięć Ameryk i Europy (tu pochwalę się, że na mój wniosek) okazało się, że w IO najwięcej medali i miejsc finałowych zdobyli pływacy z naszego kontynentu i to Europie powinna przypadać największa ilość sędziów, a nie Amerykom. Niełatwo było taką decyzję podjąć, jako że Przewodniczącą TSC jest Amerykanka, łącznikiem z Biurem FINA Wiceprezes także z USA, jest jeszcze dwóch członków z GUA i BRA. Fakty jednak zwyciężyły i podjęto decyzję, że to Europa będzie miała 9 miejsc dla sędziów. Niestety, dotyczy to tylko MŚ, w Igrzyskach przyznano nam 6 miejsc (plus 1 dla organizatora MŚ 2017 – HUN). Ale o tym dowiedzieliśmy się dopiero w Kazaniu na MŚ 2015, a europejskie federacje dokonały już wyboru 9 sędziów. I te osoby zostały powiadomione. Odbyło się więc losowanie, które wyeliminowało trzy osoby – na szczęście przedstawiciel Polski, Waldemar Kilian pozostał w tym gronie i sędziował IO w Rio de Janeiro.

 

To były moje trzecie igrzyska, po Barcelonie i Sydney i niestety były one najsłabiej zorganizowane. Może to nie było odczuwalne dla zakwaterowanych w wiosce olimpijskiej. Członkowie TSC FINA mieszkali w hotelu Marriott oddalonym o 45’ jazdy autobusem od pływalni. To średni czas przejazdu, rekord to 2,5 godziny, co groziło opóźnieniem rozpoczęcia sesji eliminacyjnej planowanej na 13.00. W połowie drogi ruch w obu kierunkach po prostu zamarł i tylko samochody wojska i policji poruszały się po pustym pasie ruchu przeznaczonym do jazdy w przeciwnym kierunku. Podobno powodem była bomba, którą zdetonowano, jednak nigdzie nie znalazłem potwierdzenia tej wersji. Dojechać na pływalnię jeszcze się udawało, ale powrót do hotelu zawsze był dużo trudniejszy. Istniał grafik odjazdów autobusów (co pół godziny) ale zdarzyło się nam czekać nawet godzinę, a 45 minut to była codzienność.

 

Dystrybucja ubiorów olimpijskich także przejdzie do historii. Zaplanowana była po odprawie technicznej 4 sierpnia. Odprawa skończyła się około godz. 16 i zaraz po jej zakończeniu mieliśmy się udać do „Uniforms Distribution Center” oddalonego o 1,5h od miejsca odprawy. Wszyscy krzywili się, że tak daleko, ale cóż począć. Rzecz w tym, że nie było czym dojechać. Co kwadrans otrzymywaliśmy informację, że autobus przyjedzie za kolejnych 15 minut i tak w oczekiwaniu na transport spędziliśmy 1,5 h. Ale najlepsze dopiero było przed nami – w kolejce w „Uniforms Distribution Center” spędziliśmy… 6 godzin. Razem z dojazdem to 9 godzin. Wszyscy uznaliśmy, że to pierwszy rekord olimpijski. Po tylu godzinach już nikt nie chciał przymierzać tego co dawali i następnego dnia przyszło rozczarowanie i rozpacz pań. Ja na szczęście jestem w miarę „wymiarowy” więc większych problemów nie miałem.

 

Przez 8 dni Igrzysk pracowałem jako szef obu miejsc zbiórek zawodników przed startem (Call Room), a nawet trzech, bo na 50 dowolnym to miejsce było zlokalizowane gdzie indziej. Pracowało nas sześcioro, po trzy osoby w każdym. W pierwszym „call roomie” odbywała się kontrola sprzętu pod względem zgodności z przepisami, ilością i rozmiarem reklam, kostiumu ze stemplem FINA itd. Niedozwolone reklamy na dresach czy słuchawkach były zaklejane taśmą (mieliśmy cztery kolory do dyspozycji), czepki w razie potrzeby były wymieniane na neutralne czepki FINA. W pierwszych dniach mieliśmy pełne ręce roboty bowiem zawodnicy zwłaszcza zakwalifikowani z „universality places” (bez konieczności uzyskiwania minimów) o przepisach nie mieli pojęcia i wykazywali daleko idące zdziwienie, że czegoś nie można, ale w miarę upływu dni już było tylko lepiej.

 

W zawodach pływackich brało udział 904 zawodników. To dużo, ale zawodnicy startowali w małej ilości konkurencji dlatego na ogół mieliśmy po 6-7 serii w konkurencji. Wyjątek stanowiły 50-tki, gdzie było 12-13 serii a wtedy w „call roomie” jednorazowo przebywało 100 zawodników i to już było poważne wyzwanie – ale udało się.

 

Przy transmisji telewizyjnej na żywo, gdzie każde wyprowadzenie zawodników na nieckę musi się odbywać dokładnie o zaplanowanej godzinie, kluczową postacią „call roomu” są osoby ustawiające zawodników we właściwej kolejności (1-8 w eliminacjach i 8-1, 7-2, 6-3, 5-4) w finałach i półfinałach i sygnalizujące w uzgodnieniu z realizatorem telewizyjnym moment wyjścia. Wyjście nie tego zawodnika, którego nazwisko pojawia się za nim na tablicy w momencie wychodzenia byłoby kompromitacją. A zdarzało się, że zawodnicy przybywali do „call roomu” na kilka minut przed startem (na odprawie podaliśmy, że jeżeli zawodnik nie zgłosi się na 5 min. przed startem – wystąpi zawodnik rezerwowy) więc zdarzały się nerwowe momenty. Przed wejściem do pomieszczenia zbiórek zawsze zgromadzeni byli trenerzy wraz z zawodnikami rezerwowymi. Trenerzy służyli pomocą w razie potrzeby wymiany kostiumu czy czepka, podania napojów, a także upewniali się czy ich zawodnicy stawili się w miejscu zbiórki. Poleciłem wystawić tam 10 krzeseł – zawsze były zajęte, udało się nawet umieścić monitor z obrazem tego co się dzieje na pływalni – o co nie można było się doprosić w pierwszym „call roomie”.

Do pomocy mieliśmy 4-6 wolontariuszy, bardzo pomocnych i uczynnych. Zajmowali się porządkowaniem pomieszczeń, segregowaniem zebranych akredytacji i odnoszeniem ich do stolika kontroli antydopingowej. Trudno było ich upilnować aby nie robili zdjęć zawodnikom, zwłaszcza jednemu – ale udało się.

 

Michael – bo o nim mowa – bez względu na zajęte miejsce w eliminacjach zajmował krzesło nr 8, pierwsze z brzegu najbliżej wyjścia. Zwróciłem mu uwagę, że powinien zająć krzesło nr 4 albo 5 ale prosił, żeby pozwolić mu pozostać na tym właśnie krześle. Później wiedzieliśmy, że nie ma co z nim walczyć, zajmował krzesło nr 8 ale już do wyjścia ustawiał się we właściwej kolejności. Cóż Michael to Michael.

 

W „call roomie” była różnorodność nastrojów. Od pełnego skupienia i wyciszenia do ożywienia i euforii. Tonowaliśmy zdenerwowanie, zwłaszcza debiutantów, których obecność wielkich nazwisk deprymowała. To pomagało.

 

Jak wspomniałem w zawodach pływackich brało udział 904 zawodników. My, w „call roomie” mieliśmy bezpośredni kontakt z każdym z nich.

 

Zespół swimportal.pl dziękuje bardzo za pokazanie nam, jak Igrzyska wyglądają „od drugiej strony”. Dodamy jeszcze, że całkowity koszt wyjazdu i pobytu naszego przedstawiciela w Rio pokryła FINA.

 

 

Wypowiedz się:

O autorze

Powiązane wpisy

Shares
Share This